A A A

XX Niedziela Zwykła – 14.08.2022

Z Ewangelii wg św. Łukasza

Jezus powiedział do swoich uczniów: "Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął. Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie podzielonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej". Łk 12, 49-53

"OJCIEC PRZECIW CÓRCE"

Na początku II wieku w północnej Afryce aresztowano młodą, liczącą dwadzieścia dwa lata kobietę z niemowlęciem przy piersi. Jej imię Perpetua. Pochodziła ze szlachetnego rodu i była katechumenką. Razem z nią aresztowano jej brata. Z całej rodziny jedynie ojciec nie dostąpił łaski wiary. Kochał swą córkę i nie mógł zrozumieć, dlaczego ona wybiera śmierć, zostawiając swe maleńkie dziecko, jego, starego ojca, ściągając hańbę na cały dom, tracąc swe młode życie. Chodził do więzienia i błagał, by złożyła ofiarę przed pogańskim bóstwem i wróciła do domu. Serce córki przeszywał ból. Odpierała pokusę powrotu dzielnie, wiedząc, jak głęboko rani ojca, którego bardzo kochała.

W ostatniej godzinie, tuż przed wydaniem wyroku, zjawił się ojciec z jej synkiem na ręku i błagał po raz ostatni o zmianę decyzji. Urzędnik, mając wydać wyrok, zwrócił się do niej: "Miejże wzgląd na dziecko i swego starego ojca. Złóż ofiarę na pomyślność cezara". Odmówiła, a wówczas urzędnik kazał wyrzucić ojca i wychłostać. Córka czuła, jakby ją samą chłostano. Została jednak wierna Chrystusowi. Swe przeżycia opisała własnoręcznie, sam moment wejścia na arenę, na której oddala życie, opisali już naoczni świadkowie. "Męczeństwo Perpetuy i Felicyty" - taki tytuł nosi ten dokument - ukazuje mało dostrzegalny aspekt męczeństwa, ten, o którym mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii. "Przyniosłem światu rozłam. Odtąd pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu." Najczęściej mówiąc o męczeństwie, ukazuje się katusze, jakie znoszą męczeni od oprawców. Tymczasem o wiele boleśniejsze były wewnętrzne przeżycia rozrywające serce.

Perpetua jest kochającą córką i nic nie może uczynić, by ojca przekonać o słuszności swej postawy. Jakże boleśnie cierpi jej kochające serce, gdy widzi, że z jej powodu ojciec przeżywa wewnętrzny dramat. Ona sama jest wypełniona cierpieniem kochanego ojca. Druga, może jeszcze głębsza rana, powstaje z powodu jej macierzyńskiej miłości. Kocha swe maleńkie dziecko. Gdy przez kilka dni może je mieć przy boku w więzieniu i karmi obolałymi od pokarmu piersiami, cuchnąca cela więzienna wydaje się jej być pałacem. Ale i tę miłość składa na ołtarzu ofiarnym, wybierając wierność Jezusowi. Tak wielu ludzi dziś uważa, że nie można w ten sposób stawiać sprawy. Uważają, że Bóg byłby nieludzki, gdyby wzywał do siebie, zmuszając do podeptania po drodze miłości macierzyńskiej czy miłości rodzinnej. Kto tak twierdzi, dowodzi, że nie zna Boga objawionego w Ewangelii.

Umiejętność dokonania wyboru między najpiękniejszymi miłościami doczesnymi - macierzyńską, ojcowską, małżeńską, przyjaźni - a miłością Boga, stanowi wykładnik życia Ewangelią. Bóg potrzebuje świadków dowodzących, że serce może bić miłością Boga w stu procentach, że jest w stanie - mimo największego bólu - zrezygnować z wszelkich miłości doczesnych dla Boga. Tą drogą wędrował Jezus, tą drogą wędrowała Jego Matka, tą drogą wędrowała św. Perpetua i tą drogą wędrują przez wieki święci.

Trzeba bardzo zabiegać o rozwój każdej miłości doczesnej - trzeba być kochającym dzieckiem, kochającym ojcem, kochającą matką, kochającym mężem, kochającym przyjacielem - ale, gdy Bóg zażąda świadectwa, trzeba umieć zrezygnować z wszystkich tych, nawet najcenniejszych i najpiękniejszych miłości, by objawić wierność Jemu samemu. Tylko wierność Bożej miłości może nas ocalić na wieczność. W niej odnajdziemy wszystkie, z których zrezygnowaliśmy. Kto wybiera Boga, nie zdradza tych, których kocha, lecz umacnia łączącą ich miłość.

Ks. Edward Staniek